niedziela, 25 grudnia 2011

Życie jak w Madrycie - część 1

W lutym 2009 roku miałem okazję wybrać się służbowo do Madrytu. Poza pracą udało mi się zobaczyć całkiem sporo, jak myślę i zaprezentuję tutaj parę fotek.

Pierwszy raz miałem okazję lecieć samolotem. Wrażenia - jak najgorsze - to znaczy nie boję się latać, ale problemy z różnicą ciśnień powodują, że po lądowaniu mam poważne kłopoty ze słuchem. Po powrocie do Polski przez 2 dni słyszałem tylko na jedno ucho.












Poranek następnego dnia. Tak się świetnie składało, że mieszkaliśmy w samym centrum stolicy Hiszpanii, choć w miejscu bardzo niereprezentacyjnym. W każdym razie w Google Maps jest cały street view tej ulicy. Jakiej - nie zdradzę :)


















A oto imponująca siedziba firmy, do której się udałem.













Na mapie Google napisano, że to dzielnica Simancas.






























Madryt nocą robi wrażenie. Tutaj chyba jesteśmy przy głównej ulicy zwanej... Gran Via.


































W Madrycie na takie lub podobne krowy można się natknąć bardzo często.












Czyżby to jakiś obiekt religijny?

















Hotel Metropolis. Chyba przy jednej Gran Via stoi więcej interesujących hoteli (z zewnątrz, bo w środku nie byłem) niż w całej Warszawie.

















Idziemy dalej...






























Łuk triumfalny na Calle de Alcala. Prezentuje się w nocy dużo bardziej monumentalnie niż w dzień.










Restauracja Los Jeronimos.

















Pomnik bohaterów powstania 2 maja 1808 roku. Trudno zrobić było zdjęcie z uwagi na wysokie ogrodzenie.

















Nieco bardziej demoniczna mućka.





























Figurki ubrane w tradycyjne stroje nad jednym ze sklepów.












A to jeszcze raz siedziba Proteca w pełnym słońcu. W lutym, kiedy tam byliśmy, temperatura dochodziła do 20 stopni! Też chciałbym mieszkać w takim klimacie.














Spacer po okolicy cd.


























Pierwszy raz grałem w bilard. Chyba pierwszy i ostatni. Udało mi się nawet bilę zrzucić ze stołu... Dla tych, którzy mnie nie znają, uprzedzam, że na zdjęciach oczywiście mnie nie ma :)

























Uliczny grajek.














A to naprawdę dobra jadłodajnia w pobliżu. W widoku ulicy znalazłem ją przy Calle de Sta Leonor. Nazwa w witrynie jakaś nieszczególnie wyraźna - odczytałem tylko "Bar Restaurant". Obsługa za pierwszym razem przyniosła nam wodę mineralną zamiast herbaty, bo herbaty nikt nie zamawia, ale im wytłumaczyliśmy, co to herbata. Dostaliśmy ją w szklankach porysowanych od zmywarki i to bardzo...













Madryckie metro. Dość ok. W środku można usłyszeć ciekawe komunikaty, m.in., że następna stacja jest za niejaką curva.













Wybraliśmy się kiedyś do dzielnicy artystycznej, z którą niby miał związany być niejaki Manu Chao. Nazwa dzielnicy wyleciała mi z pamięci, ale sama dzielnica pokryta graffiti oraz dużą ilością śmieci nie bardzo przypadła mi do gustu.






























Drzwiczki od jakiejś niezłej hacjendy.

















Hotel Emperador.













Kino Capitol z widocznymi plakatami granych wówczas filmów.













Następna duża porcja zdjęć pochodzi z dni wolnych, kiedy mogliśmy wyruszyć w tzw. miasto.
Tutaj znajoma firma.













Barclays.

















Używając Google Maps w widoku ulicy ustaliłem, że to Paseo de la Castellana.








Spacer deptakiem w stronę Muzeum Prado.

















Juan Valera (1824-1905).













Primavera, czyli wiosna.












Woda nie zamarza, bo jest ciepło - z 15 stopni, a mamy luty.












Na Plaza de Cibeles.


























Budynki w centrum Madrytu są imponującej wielkości.













Mała architektura.





























Zanim dotarliśmy do Prado, zaliczyliśmy Museo Naval. W środku niestety plecaki były prześwietlane jak na lotnisku i zdjęć robić nie wolno.
















Krów i byków ci u nas dostatek.













Zbliżenie na cokół pomnika bohaterów ojczyzny, który prezentowałem nieco powyżej (ujęcie nocne).













Są i krowy w wersji nieco perwersyjnej.

















A to już słynne Prado. Wystawiali tam Francisa Bacona i kolejka na tę ekspozycję była ogromna. Na szczęście do "zwykłych" zbiorów dostaliśmy się w miarę szybko. W środku najpierw uderza ogrom dzieł, które do tej pory znało się tylko z książek poświęconych sztuce. Najpierw każdy obraz ogląda się bardzo wnikliwie, a potem, gdy czasu zaczyna brakować, a jeszcze tyyyyyle zostało do obejrzenia, coraz mniej czasu zostaje na każde arcydzieło. Specjalnym miłośnikiem malarstwa i rzeźby nie jestem, jednak tutaj trzeba po prostu przyjść. Bez dwóch zdań.













Obok czy też za Prado znajduje się przepiękny kościół San Jerónimo el Real.





















2 komentarze:

  1. No tak, jedni służbowo rozbijają się po Madrycie, inni np. po... Chełmży

    OdpowiedzUsuń
  2. A jeszcze inni lecą sobie oglądać dręczenie byków w Pampelunie :)

    OdpowiedzUsuń