czwartek, 8 stycznia 2015

Tadeusz Konwicki (1926-2015)

 
















Fot. Filmoteka Narodowa - autor nieznany.

Wpis okolicznościowy.


A potem, kiedyś, będziesz wracał. Właściwie nie kiedyś, nie w przyszłości, nie po latach. Będziesz wracał, gdy przyjdzie pora unicestwienia i sczeźnięcia. Będziesz szedł drogą brukowaną polnym kamieniem. Drogą biegnącą po krawędzi płaskowyżu, który wcale nie jest taki płaski. Obok w rowach dożywają swoich dni jakieś trawy, jakieś chwasty, jakieś krzaki. Wiele z nich rozpoznasz i przypomnisz sobie. Niektóre z nich tamowały ci krew, gdy rozciąłeś nogę w dzieciństwie, tamte zrywałeś do szkoły dla dziewczyny, w innych chowałeś się podczas wojny przed niebezpieczeństwem. Poczujesz chłodny zapach rozcinanej ziemi i zobaczysz oracza odprowadzanego przez stada wron. Plecy twoje ogrzeje jesienne słońce spłowiałe od długiego używania. Do włosów twoich przylgną białe i sine nici babiego lata uwite zręczniej niż za twego życia.

Środkiem doliny płynie ta rzeczka przysypana kędzierzawością sczerniałych olszyn. Posłyszysz jej szum i cieniutkie dzwonienie młyna, co majaczy przy końcu doliny, to jest w tym miejscu, gdzie powichrowały się stoki, pomieszały się lasy, popękały brzegi rzeki. Przypomnisz sobie te łąki z wiecznie tlącymi się torfowiskami, zarysy bagiennych dróg kończących się na niczym, kępy leszczyn, kruszyny, wilczych jagód. I zaczniesz znowu myśleć, dlaczego twoja rzeka plynie na połuudnie, choć wszystkie rzeki znajomych, przyjaciół, bliskich płynęły zawsze na północ. I uświadomisz sobie raz jeszcze, że twoja rzeka płynęła zawsze na przekór, pod prąd, sama dla siebie.
Zobaczysz także tory kolei biegnące wzdłuż doliny podobnie jak rzeka. Gwizdnie lokomotywa z wysokim kominem, załomoczą koła wagonów obsypanych cieniutkim pyłem jesiennym. Znasz te pudła przegrodzone ciasnymi przedziałami, bez korytarzy, z drzwiami wychodzącymi na długi, szeroki stopień biegnący wzdłuż wagonu. Przypomnisz sobie ranki i popołudnia spędzane w takich pociągach. Mróz na oknach i wychuchany otwór w kształcie serca, drewniane ławy i czyjś zapomniany zeszyt, odpływające do tyłu przypalone skarby i duszne oczekiwania na coś, co się nigdy nie spełni.

Później przeniesiesz wzrok na domki osady czy raczej dalekiego przedmieścia zaryte w sadach i zdziczałych ogródkach, na piaszczystą, wykrzywioną przez kaprysy furmanów drogę. I wszystko to
wyda ci się trochę lepsze, schludniejsze, choć po tak długiej nieobecności powinno uczynić wrażenie zapuszczenia i ciasnoty.



Powyżej ulicy i domów ujrzysz na wschodnim stoku, tuż pod tobą, prostokąty pól, a właściwie działek z rżyskami po życie, owsie, czasem jęczmieniu, z kretowiskami zagonów po kartoflach. A nad tymi poletkami zakołyszą się od wiatru pachnącego pleśnią jęzory zagajników, rzadkie tyraliery wiekowych świerków, poskręcane od zimowych hiraganów sosny.

Wtedy odpoczniesz w swej podróży, którą odbywasz po raz pierwszy pod prąd czasu, bo zawsze w pamięci, w snach, w wyobraźni tylko odchodziłeś, opuszczałeś, wyjeżdżałeś na wieki. Więc staniesz jeszcze na krawędzi doliny przed kościołem zamkniętym i czarnym od okien. Przypomnisz mrocznawe zawsze wnętrze, dziwnie kolorowe stacje męki pańskiej, zapach prawdziwego kadzidła, stęknięcie fisharmonii przed wydaniem głosu i słodycz szukania swojej dziewczyny w ciżbie ludzi grubo odzianych. Będziesz się męczył przypomnieniem sobie, dlaczego kościół jest zamknięty. Kto go zamknął, kiedy i dlaczego. A nad tobą rozkrzyczą się raptem dzikie gęsi powracające na południe. I zdziwisz się, dlaczego nie lecą w kluczu, dlaczego suną w dziwnej rozsypce. A za chwilę pomyślisz, że ktoś po prostu kiedyś zapomniał, jak lecą jesienią dzikie gęsi.

Za kościołem, na stoku leśnym, śród zrudziałego poziomczyska, między karłowatymi paprociami odnajdziesz groby cmentarza, który powstał przy końcu wojny i dlatego słabo go pamiętasz, bo nigdy po wojnie tu nie wracałeś. Zaczniesz odczytywać tabliczki z nic niemówiącymi i ze znajomymi. Spotkasz zupełnie obcych, przybyłych tu zza siedmiu gór i rzek i spotkasz kolegów, przyjaciół,   
krewnych, spotkasz także tych, co umarli po tobie.

Będziesz tak stal pośrodku cmentarza, dziwiąc się coraz mocniej, że nie słyszysz pokrzykiwań chłopców wracających ze szkoły tam na dół, do tych domów przy kolei, że nie słyszysz przekleństw ministrantów, którzy rozpalają trybularze koło kościoła przed różańcowym nabożeństwem, że nie słyszysz dzieci przedzierających się przez gęstwę młodych świerczków w poszukiwaniu borowików.

Ale wtedy zaszumi dostojnie las, prawie tak samo jak kiedyś, a może nawet trochę kunsztowniej, bardziej dźwięcznie. I posypią się liście brzóz jak złote pieniążki. I zastuka gdzieś dzięcioł jak żywy.

Zbiegniesz krętą ścieżką na dół, ku tej piaszczystej drodze pełnej czerwonawych kamieni naniesionych przez dawne powodzie. Zatoniesz w nowych zapachach, w woni mokrości, wilgotnych dymów, gnijących jabłek. Odezwie się nieznany dźwięk, przejmujący, donośny, jak głos wielkiej trąby.

W sadach pełno owoców. Wiszą na drzewach, leżą w bujnej trawie. Nikt ich nie zbiera. Pełno żuczków, robaczków, najrozmaitszych żyjątek biega po ziemi, pełza po roślinach, wzbija się w łagodne jesienne powietrze. Prawie wszystkie znasz, pamiętasz dobrze sprzed wieków, ale trafiają się zupełnie inne, jakby stworzone przez pomyłkę. Ogarniesz wzrokiem to wszystko dokoła, to wszystko bujne, dorodne, nabite siłą, wyssane z lata. Będziesz szukał śladów czasu, burz dziejowych, umarłych cywilizacji, kataklizmów kosmicznych. Będziesz szukał znaków życia ludzi, co przyszli po tobie i tu bytowali, męcząc się i kochając, budując i niszcząc, wymyślając idee i religie, rozkosze i tortury. zobaczysz tylko to, co zostawiłeś, i nic więcej.

T. Konwicki, Nic albo nic, 1971

1 komentarz: